Opowieść o Pięknej Nieznajomej

Geneza

Opowieść o Pięknej Nieznajomej powstała na potrzeby wakacyjnego wypadu ze znajomymi z filologii. Nie chodziło o pokazanie twórczości, miał to być raczej wstęp do specjalnie zaadoptowanego testu osobowości Raymonda Cattella. Smaczek polegał na tym, że każdy oceniał każdego (w tym siebie), a uśrednione wyniki dla poszczególnych cech osobowości nanosiło się na wykres. Swoją ocenę zaznaczało się osobnym kolorem. Zamysłem testu było sprawdzenie jak cię widzą inni a jak ty widzisz siebie i czy te oceny są zbieżne. Opowiadanie poprzedzające test miało za zadanie przekonać uczestników, że "nie wszystko jest takie, jakie się wydaje".

Zwiastun

Dodano: 09.02.2013

Niniejsza opowieść doczekała się zwiastunu dźwiękowego w moim wykonaniu. Powstał na potrzeby udziału w . Niestety, nie udało mi się wygrać, a stronę linkuję dla ciekawych prac innych uczestników. A oto zwiastun:

Możesz go przesłuchać przed lub po przeczytaniu tekstu. Spoilerów jest sporo, ale jednym z kryteriów było nieprzekroczenie minuty, więc całości tekstu nie zdradza.

Treść

Piękna Nieznajoma poczuła przez sen kroplę wody na policzku. Przeciągnęła się leniwie. Mrużąc oczy, rozpoczęła nieporadne poszukiwanie dziury w suficie, która to uraczyła ją niespodziewanym prysznicem. Szopa w której spała została niedbale zbita z desek pozostałych po rozbiorze obory, jednak szpiczasty dach, mający w założeniu zapobiec jej zawaleniu pod ciężarem śniegu oraz ceglasty komin wystający skośnie nieopodal szczytu dachu, nadawały jej wygląd całkiem przytulnej chatki. Pod kominem krył się kaflowy piec, zaś ściany były gęsto przetkane mchem i zaklajstrowane gliną. Do urządzeń domu należał jeszcze metalowy czajnik, kilka kubków, gliniany garnek oraz cztery wory z sianem służące za posłanie. Bliskość przyrody czyniła warunki bytowania zupełnie przyjemnymi latem, zaś bliskość pieca całkiem znośnymi zimą. Piękna Nieznajoma mieszkała tu jednak zaledwie od trzech tygodni, żywiąc się leśnymi owocami i drobnymi zwierzątkami – czy to zbyt powolnymi by uciekać, czy też złapanymi w niezbyt wymyślne wilcze doły. Miała szesnaście lat i uciekła z domu z powodu ojca, który widział interes w wydaniu jej za miejscowego herszta bandy. Ojciec dzierżył władzę w największej gospodzie przy głównym trakcie, ona zaś jako służąca wystawiona była na nieprzystojne amory różnych typów spod ciemnej gwiazdy. Nazywano ją Agatką, ponieważ jednak wszystkie służki nazywano wtedy Agatkami, uciekinierka postanowiła przybrać miano Pięknej Nieznajomej i w ten sposób umyśliła sobie przedstawiać się innym.

Piękna Nieznajoma starła kroplę z policzka i zmrużywszy oczy, próbowała dostrzec szparę w deskach, pod którą zbierają się spadające krople. Widziała jak przez mgłę. Postanowiła sięgnąć po lampkę naftową, gdy wtem opierając się mocniej łokciem na posłaniu, poczuła że zapada się on w coś mokrego. Niech to! – pomyślała. W geście dezaprobaty zwiesiła głowę, wypuściła głośno powietrze przez nos i wstała, szukając lampy. Nie znalazłszy jej, wlepiła ponownie wzrok w sufit. Ze zdziwieniem odkryła, że sufitu nie ma i widzi niebo. Była noc, a jednak chmury pokrywające gęsto nieboskłon wyglądały jak rozjaśnione od góry, wręcz żarzyły się dziwnymi kombinacjami kolorów. Przebijając je wzrokiem stwierdziła ze zgrozą, że na firmamencie znajdują się przynajmniej trzy źródła światła.

– O nie! – powiedziała cicho. – Przesilenie! – Słyszała wielokrotnie w gospodzie ojca różne fantastyczne historie, jak to półryba półczłowiek została wyrzucona na brzeg jeziora, że potrafiła mówić i żyła jeszcze dziesięć zachodów – skąd się wzięła? – Bóg raczy wiedzieć. Inni bajali o zielonych ognikach porywających nocą kozy z zagrody. Nie wierzyła w te bzdury. No, może wierzyła jako dziecko, ale wysyłana wielokrotnie przez ojca o różnych porach po wodę do pobliskiej studni, przekonała się na własnej skórze, że duchy nie istnieją i nie mogą być wymówką od spełnienia narzuconego obowiązku. Poza tym, gdy jej mama zmarła, wszyscy w gospodzie mówili o nadnaturalnych przyczynach jej zejścia, ale Piękna Nieznajoma wiedziała swoje. To ojciec podtruwał ją grzybami, tak że biedna mać widywała południce i upiory. Bladość jej wycieńczonego ciała i dwie dziurki na szyi, doprawione po śmierci rozpalonym rusztem, miały sugerować atak wysysającej krew strzygi. Wtedy właśnie postanowiła uciec.

Piękna Nieznajoma rozejrzała się po chatce, ale chatki nie było. W miejscu wczorajszego posłania leżała skarpa, bogato porośnięta miękkim mchem. Dookoła niej wyrastały splecione ze sobą w wieniec mniszki lekarskie o silnie fioletowych końcówkach płatków, świecących w półmroku fosforyzującym światłem. Zmroziło ją. Całość przypominała miejsce składania ofiar. Co ona robiła w jego centrum? Myśli przerwało oświetlenie ołtarza i szelest liści. Nie, to żadne rytualne oświetlenie, po prostu chmury odsłoniły kawałek nieba – pomyślała trzeźwo. Spojrzała w górę. Na tle nieznanych, wyjątkowo jasno świecących gwiazdozbiorów zauważyła jeszcze jaśniejsze ciała niebieskie. Trzy księżyce! – wyrzekła cicho z zachwytem. Jeden z nich był okrągły z trzema pomarańczowymi pierścieniami dokoła, świecił intensywnie na wiśniowo, drugi miał kształt wrzecionowaty, rozchodził się z niego biały pył jakby ktoś uderzył w poduszkę, emitował zaś bladożółte światło. Trzeci, najmniejszy, najbardziej przypominał nasz swojski sierp, ale jego niewielki rozmiar na tle gwiazd oraz zupełny brak niebieskich plam na powierzchni wprowadzały poczucie obcości. Kompozycja barw wszystkich trzech księżyców utworzyła w atmosferze coś na kształt delikatnej mgiełki, jakby nieziemskiej zorzy. Nagle ni stąd, ni zowąd, światło wiśniowego księżyca przecięło się z blaskiem małego sierpa, ogniskując pomarańczowy, silnie skupiony promień. Zatrzymał się on na posłaniu Pięknej Nieznajomej, wyłuskując z ciemności każdy jego detal. Wtem blask przybrał na sile. Na gąbce mchu uwidoczniły się kropelki wody, które zaczęły unosić się w postaci pary wodnej. Mniszki lekarskie same odkręciły się z wieńca, zadzierając główki w górę i pulsując fioletowymi zakończeniami płatków. W mgnieniu oka, ku przerażeniu Pięknej Nieznajomej, całość stanęła w ogniu.

* * *

– Czas spać! – powiedziała mama wchodząc do pokoju dziecięcego. W łóżku leżała jej córka, ojciec siedział poniżej na kawałku baraniej skóry, opierając się o jego skraj. W ręku trzymał fioletową książeczkę zatytułowaną "Baśnie tysiąca i jednej nocy na dobranoc". Pod spodem widniała okrągła pieczęć z literami MTV. – Niee, jeszcze nie! – zawołała córeczka. Ojciec podniósł się z ziemi, pocałował latorośl, wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Któryś z rodziców zapalił światło na korytarzu. – Nie wydaje ci się, że te bajki są zbyt, hmm, sugestywne? – zapytała żona. Chwila ciszy, ruch za drzwiami. – Nie wiem, kochanie, wydaje mi się, że są okej – zza drzwi dobiegł przytłumiony głos męża. Rodzice usłyszeli na korytarzu wołanie dobiegające z pokoju córeczki: – Barteek, Gośkaa! – Drzwi się uchyliły. – Ej, co z wami, czasy się zmieniają, nie żyjemy przecież w XVIII wieku! – zgromiła ich córka.

25.07.2010