Rozdział I

Nasza opowieść zaczyna się na wysokości 3000 metrów pod skrzydłami motolotni, a nad ruchliwymi ulicami pewnego miasta. Pilot patrząc w dół zauważyłby z pewnością mrowie ruchomych punkcików, krążących po pasach ruchu, jak krew krąży w żyłach organizmu, rozchodząc się na wszystkich rozgałęzieniach i przepychając wraz ze sobą tlen i produkty przemiany materii. Lotnik mógłby w tej chwili w niemym podziwie zastanawiać się, po co oni wszyscy jadą w innych kierunkach, co właściciel tamtej szosowej niby terenówki może mieć do załatwienia i czy miałoby jakieś znaczenie dla świata, gdyby kilka tych samochodów odwrócić i puścić w innym kierunku, zupełnie jak trzylatek jeździ swoimi autkami we wszystkie strony po meblach.

Aeronauta, przebywając na tej wysokości przez jakiś czas zniżył się wreszcie do ziemi dla zaczerpnięcia mniej rozrzedzonego powietrza. W tym celu wyłączył silnik. Na wysokości jednego kilometra, po przyzwyczajeniu się bębenków słuchowych do wychwytywania słabych drgań powietrza, usłyszał kakofonię dźwięków składających się z warkotu silników, nierównomiernych uderzeń opon o kostkę brukową, którą ktoś położył zamiast asfaltu i brzęczenia klaksonów, tych natrętnych jak komary i tych grubych jak z lokomotywy.

Uwagę obserwatora zwróciła duża czerwona krwinka, przepychająca się przez mrowie leukocytów, tłuszczy i innych kolorów tak bardzo lubianych przez autorów pewnej francuskiej bajki. Dalsze wytracanie wysokości ujawniło, że poprzednio idealnie płynny ruch w rzeczywistości składa się z ciągłych szarpnięć i gwałtownych przyhamowań. Podobnie zachowywał się ów przerośnięty erytrocyt, stary 30 letni autobus, to przepuszczając jadących z bocznych arterii, to znów wyprzedzając na jednokierunkowej po kilkanaście osobówek przy użyciu trzech dostępnych pasów i wpychając się bez pardonu w każde wolne miejsce przed skrzyżowaniem. Kierowca rozpoczął właśnie ponad 50 kilometrowy kurs i miał 1,5 godziny czasu na jego realizację, nie mógł więc sobie pozwolić na stanie w korkach.