Rozdział II

Pisanie o niemym podziwie lotnika w trybie przypuszczającym ma swoje uzasadnienie. Pilot raczej nie miał czasu, ani chęci na podziwianie widoków. Nie jesteśmy w stanie nawet prześledzić jego toku myślenia, gdyż dla większości ludzi szkodzenie innym jest czymś niezrozumiałym.

Zostawiwszy szarą ćmę na niebie, przenieśmy się teraz do wnętrza autobusu. Pierwsza rzecz, która nas uderzy to hałas wydobywający się z tego powojennego cudu niemieckiej inżynierii. Kolejna to liczba pasażerów, których można by policzyć na palcach. W większości stare osoby, jeżdżące regularnie do miasta po zakupy i do lekarza. Przyjrzawszy się bliżej, zauważymy jednak pewnego osobnika, który tam nie pasuje ze względu na młody wiek i słuchawki, zakrywające prawie w całości uszy wraz z małżowinami, utrzymujące się na głowie dzięki sporych rozmiarów pałąkowi z grubego plastiku.

Argonat, bo tak go będziemy nazywać, wpatrywał się tępym wzrokiem w okno, prześlizgując się oczyma po strzaskanych, nierównych chodnikach, karłowatych podpartych ze wszystkich stron roślinach. Prawdopodobnie miały to być drzewa, jednak na skutek ciągłego ich obcinania i odrastania gałęzi przypominały raczej coś w stylu dendrologicznej wersji Frankensteina. Na ich korze znajdowała się gruba warstwa brudu ulicznego, podobna do pokrywającej chodnik, ale bez niedopałków papierosów. Nawet liście były szare z nieznaczną domieszką zieleni. Trawa ma tutaj normalny kolor tylko w kilka dni po wykiełkowaniu – pomyślał ze złośliwością. Po chwili znów obserwował biernie dziesiątki dwu, trzypiętrowych kamienic ze starej, przedwojennej cegły. Niektóre z nich były otynkowane na żywe, jaskrawe kolory, ale jakoś nie wybijały się z tłumu szarości. Sporo posiadało szyldy z różnymi napisami, których litery częściowo zwisały swobodnie w dół, huśtając się na wietrze, po innych zaś pozostał tylko zarys kleju. Na ścianach i wszelkich równych i mniej równych powierzchniach znajdowały się wymalowane sprejem wulgarne słowa, symbole anarchii, ale najwięcej było tam skrótowców, występujących samotnie lub z innymi tekstami, często też z szubienicą. Oznaczały one prawdopodobnie nazwy jakichś klubów sportowych, ale Argonat nie był tego do końca pewien, a nie miał odwagi pytać ludzi wyglądających na zorientowanych.